Niestety doczekałem się reakcji mojego dziecka, która bardzo wiele mówi o kondycji współczesnej liturgii. Może więcej niż uczone elaboraty teologów. Otóż ksiądz, który odprawiał Mszę Świętą zbyt przejął się swoją rolą – aktora w liturgii wywołując rechot u młodzieńca, skąd inąd potrafiącego się raczej zachować podczas Mszy Świętej. Prawdziwe aktorstwo polega jednak na tym, że widz nie zauważa gry aktorskiej tylko autentyczne odtworzenie roli. Tu, niestety, ksiądz postarał się „za bardzo” - ” nastrojowo” wypowiedzieć słowa przeistoczenia. Teatralnie, nienaturalnie, nastrojowo ale nie sakralnie, kwalifikując swój czyn raczej do wynaturzeń liturgicznych niż autentycznego zaangażowania modlącego się kapłana. Można oczywiście zarzucić mi skrajny subiektywizm jednak po pierwsze primo – mam prawo do moich subiektywnych odczuć, po drugie primo ;-) podobne reakcje na nadużycia liturgiczne owego księdza ma kilkunastu innych świeckich – uczestników Mszy Świętej w tej parafii. Nie jest to miejsce na preparowanie czegoś w stylu donosu na forum internetu, jednak sytuacja ta skłania mnie do głębszej refleksji na temat zachowań i postaw głównych aktorów liturgii a w szczególności kapłanów. Pilnuje się bardzo, aby każdej mojej myśli krytycznej towarzyszyła modlitwa za osobę, której dotyczy, a to że nie jest to odosobniony przypadek uzasadnia poniekąd moje odniesienie się publiczne do tego tabu. Tabu, bo nie wypada świeckiemu poprawiać księdza. Nikt zresztą nie lubi słuchać krytyk pod swoim adresem. Jednakże waga sprawy uzasadnia tę wspólną walkę (bo jesteśmy po tej samej stronie barykady) o godne sprawowanie liturgii, w duchu prawdziwej odnowy poprzez zrozumienie jej tradycji. Sztuczność wywołująca salwy śmiechu zamiast oczekiwanego rozmodlenia to dowód, że coś jest nie tak i to bardzo. Oczywiście w przenośni można powiedzieć o kapłanie, że jest pierwszym aktorem podczas liturgii. Jednakże, o ile widzowie mogą aktora w teatrze wytupać za słabe przedstawienie, krytyk może napisać nieprzychylną recenzje, słaby aktor może nie dostanie roli itd. to w kościele „widzowie” są skazani na nicniemówienie lub co gorsze zaprotestowanie swoimi nogami – niechodzenie do kościoła. Nieraz czułem się zażenowany szołmeńskimi zachowaniami celebransów podczas Mszy Świętych, na których przecież nie ksiądz jest najważniejszą osobą. Kapłan ma być alter Christus, zastępować Chrystusa, pośrednikiem pomiędzy zgromadzonym ludem a Bogiem. Ma składać ofiarę przez Niego, z Nim i w Nim a nie „prezentować” – „sprzedawać” siebie. W ostatnim czasie ukazało się tłumaczenie Ruryk Mszału Rzymskiego 1962 i zwróciło moją uwagę oprócz wielkiej precyzji opisów działań kapłana podczas mszy – jedno zdanie. Podczas procesji wejścia – „kapłan kroczy z oczyma skierowanymi w dół, z godnością i z ciałem wyprostowanym”. To jedno zdanie mówi właściwie wszystko na temat usposobienia kapłana. Oczy skierowane w dół – to pokora a nie rozglądanie się za widownią, wewnętrzne skupienie na świętych czynnościach, a nie za wrażeniu jakie robię na innych, godność – a więc nie luzactwo i chęć skumplowania ze wszystkimi dookoła. W słynnej książce „Zwróćmy się ku Panu!” (do której wprowadzenie napisał jeszcze jako kardynał papież Benedykt XVI) autorstwa ks. dr Klausa Gambera przytacza się wiele mówiące opinie socjologów na ten aspekt liturgii: I tak profesor socjologii W. Siebel, w swojej rozprawce "Liturgie als Angebot" pisze, że zwrócenie się kapłana ku ludowi: "może być uważane jako najwyraźniejszy symbol nowego ducha w liturgii". Dalej stwierdza on, że: "Dotychczas powszechna forma ukazywała kapłana jako przewodnika i reprezentanta, który zamiast całej wspólnoty rozmawia z Bogiem na podobieństwo Mojżesza na Synaju. Wspólnota jawiła się jako ta, która śle przesłanie (modlitwa, uwielbienie, ofiara), a kapłan jako przewodnik przekazujący to przesłanie i Bóg jako odbiorca przesłania". Siebel mówi dalej, że w nowej praktyce, kapłan jawi się "już niejako reprezentant wspólnoty wiernych, ale jako aktor w centrum Mszy odgrywający rolę Boga, na podobieństwo jakichś religijnych przedstawień". Wyciąga z tego wniosek: " Skoro przez swoją nową pozycję kapłan staje się aktorem, mającym odgrywać na scenie rolę Chrystusa, tym samym Chrystus i kapłan poprzez aktorskie odegranie zostają utożsamieni w sposób nie do przyjęcia." Gotowość, z jaką prawie wszyscy kapłani przyjęli celebrację "versus populum" Siebel uzasadnia następująco: "Znaczna niepewność i osamotnienie tych księży w naturalny sposób prowadziły do poszukiwania nowych punktów oparcia. Do nich należały emocjonalne wsparcie, zapewniane kapłanowi przez znajdującą się przed nim wspólnotę. Tutaj powstaje jednak zaraz, nowy rodzaj zależności: jest to zależność aktora od publiczności". Podobnie uważa K. G. Rey w swojej pracy "Pubertat-serscheinungen in der katholischen Kirche": "Podczas, gdy dotąd kapłan jako anonimowy pośrednik i znajdujący się na czele wspólnoty, był zwrócony ku Bogu a nie ku ludowi składał za wszystkich i wraz ze wszystkimi Ofiarę; i podczas gdy były specjalnie dla niego przepisane modlitwy, to dzisiaj występuje on przed nami jako człowiek ze swoimi osobistymi cechami, osobistym stylem i ze zwróconym ku nas obliczem. Dla wielu księży oznacza to pokusę "prostytuowania " własnej osoby, pokusę, która ich przerasta. Mało tego! Wielu potrafi to mniej lub bardziej wyrafinowanie wykorzystać. Ich gesty, mimika, ruchy, ich cały sposób zachowania staje się sugestywnym oknem wystawowym ich własnej osoby. Dodatkowo niektórzy nachalnie zwracają na siebie uwagę poprzez wciąż powtarzające się komentarze, uwagi, a ostatnio i przez własne formuły powitania i pożegnania... Sukces produkowanej przez siebie sugestii jest dla nich miarą ich władzy, a przez, to normą ich poczucia bezpieczeństwa" (s. 25). Siebel, odpowiadając na przytoczoną na początku opinię pochodzącą od Klausera, że celebracja "versus populum " wyraźniej "uwidacznia wspólnotę eucharystycznego stołu", pisze, że "zamierzone skupienie całej wspólnoty przy stole wieczerzy raczej nie prowadzi do wzmocnienia świadomości wspólnoty. Przecież przy stole znajduje się tylko ksiądz, i to w dodatku stojąc. Pozostali uczestnicy uczty siedzą mniej lub bardziej oddaleni na widowni". Według Siebela dochodzi do tego jeszcze jeden element: "Z reguły stół znajduje się na podwyższeniu w dużym oddaleniu, co już sprawia, że chociażby przez to nie jest możliwe w tym przypadku spowodowanie ścisłej więzi, takiej, jaka panowała w Wieczerniku. Odgrywający swoją rolę, zwrócony do ludu kapłan, łatwo może sprawiać wrażenie jakby przedstawiał kogoś gotowego do zaoferowania czegoś. Aby osłabić ten widok próbuje się przysunąć ołtarz bliżej do wiernych. Nie musi się więc widzieć tylko kapłana, ale można również spoglądać na siedzących obok lub po przeciwnej stronie innych uczestników nabożeństwa. Wskutek wsunięcia ołtarza we wspólnotę zatraca się dystans między sakralnym centrum a wspólnotą. Dreszcz przejęcia, związany niegdyś z obecnością Boga w kościele, zamienia jakieś blade wrażenie, które ledwo co może się przeciwstawić codzienności. Poprzez ustawienie kapłana za ołtarzem, z twarzą do ludu, ten pierwszy staje się (z socjologicznego punktu widzenia) zarówno aktorem - z całą zależnością od publiczności - jak i sprzedawcą, który wobec klienteli występuje z ofertą. Alfred Lorenzer w swojej cytowanej już książce: "Das Konzil der Buchhalter", wskazuje na inne względy, po części estetycznej natury : "Mikrofon upublicznia (publikuje) nie tylko każdy najdrobniejszy oddech i szelest. Cały widzialny obraz zbliża to co się dzieje bardziej do aranżacji kucharzy telewizyjnych niż do form liturgicznych kościołów reformowanych. W tych ostatnich sakralne czynności wstały zepchnięte na margines, zredukowane do prostoty i krótkości; w reformie liturgicznej czynność ta pozostaje właśnie elementem centralnym; pozbawiona swojej ozdobności gestów, ale drobiazgowo zachowana jako instrumentalny kompleks czynności. Wykonywana teraz na oczach wszystkich w owej pozornej przejrzystości, która myli zmysłowość manipulowania z przejrzystością mitu. W każdym razie jest to przedstawiane w takim układzie, że każdy szczegół rytuału spożywania jest nachalnie eksponowany: widzi się więc jak jakiś człowiek uciążliwie łamie zbyt dużą hostię, jak ją następnie wsuwa do ust. Stajemy się świadkami nie zawsze pięknego sposobu przeżuwania, osobliwości związanych ze spłukiwaniem przyschłego Chleba lub techniką, opłukiwania kielicha oraz mniej lub bardziej zgrabnego... sposobu jego wycierania" (s. 192).
Tyle trochę przydługiego cytatu. Mówi on właściwie wszystko o tym co świeccy muszą, podkreślam muszą obserwować co niedzielę podczas Mszy Świętych. Co robić? Czy jest jakieś rozwiązanie tego problemu? Jest!!! Słuchać się papieża!!! Naśladować papieża!!!. Ustawić w centrum ołtarza krzyż z figurą Chrystusa!!! Owszem, zasłonić się krzyżem Chrystusa. Proszę drodzy kapłani. Zróbcie to w końcu!!!. To jedyny sposób, aby usunąć siebie w cień powtórzyć za świętym Janem potrzeba, aby On wzrastał a ja się umniejszał. Wtedy drodzy kapłani będziecie wielcy. Tylko wtedy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz